A B C D E F
G H I J K L M 

Total read books on site:
more than 20000

You can read its for free!


Text on one page: Few Medium Many
Produced by Jimmy O'Regan (Produced from images generously
made available by CBN Polona http://www.polona.pl)





Adam Mickiewicz

MOJA PIERWSZA BITWA




TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „IGNIS”.--E. WENDE i S-ka,
WARSZAWA.--M. NIEMIERKIEWICZ, POZNAŃ--H. ALTENBERG,
LWÓW.--TOW. KSIĘGARŃ KRESOWYCH, TORUŃ

1921




MOJA PIERWSZA BITWA.


OPOWIADANIE SIERŻANTA.


Zazdroszczą Atylli, który stoczył tysiąc bitew, a w tysiącznej jeszcze
czuł w sobie to, co nazywał gaudia certaminum, czyli rozkosz rzezi. Oj,
był to krwawy rozpustnik ten stary hetman! Co się mnie tyczy,
piastującego stopień sierżanta lekkiej artylerji, wyznaję, że zaprawdę
zakochany byłem w wojence, ale tylko przez pierwszy tydzień mojego
wojennego zawodu, i że w Atyllowej rozkoszy raz tylko jeden jedyny
zasmakowałem. Z tej to przyczyny nigdy mi nie wyjdzie z pamięci mój
miodowy tydzień i pierwsza bitwa.

Pierwsza bitwa ma szczególniejsze podobieństwo z pierwszą miłością. Ileż
nadziei! ile złudzeń! przed tą uroczystą akcją, która rozstrzyga o losie
narodów, lada rekrut czuje się powołanym do odegrania co najmniej
roli... jakiego bohatera historji lub romansu.

Przychodzi wreszcie do rozprawy i stajesz do niej z niecierpliwością i
pewnym niepokojem, doznając raz trwogi śmiertelnej, to znowu szalonej
wesołości; już cię strach przeszywa, już cię podnosi pycha tryumfatora.
W jednej godzinie przechodzisz przez tłumy wzruszeń, i zbierasz
wspomnienia na całe życie! lecz aby to czuć z całą mocą, trzeba mieć
serce dziewicze, serce rekruckie.

Powiedział ktoś, że każdy człowiek może skomponować dobry romans,
opowiadając tylko po prostu historję swej pierwszej miłości. To
postrzeżenie zachęciło mię do opisania pierwszej bitwy, w której byłem.
Trzeba wiedzieć, że ta bitwa jest tylko epizodem sławnej wojny, że z
niej odnieśliśmy świetne zwycięstwo, i że w swoim czasie zjednała nam
podziw ludów europejskich. Wprawdzie dawne to czasy, bo ludy dobrze już
zapomniały i o naszych klęskach i o naszych tryumfach. Mimo tego
żołnierz polski nigdy nie zapomni o bitwie pod Stoczkiem.

Po rewolucji 29 listopada[*] postanowiłem wstąpić w szeregi, i
rozmyślałem, czy do piechoty, czy do jazdy? Ażeby zrobić stanowczy
wybór, przebiegałem ulice Warszawy, przypatrując się bacznie mundurom
różnych pułków. Naprzód zatrzymałem się przed bataljonem grenadjerów,
którzy maszerowali w ściśniętych szeregach, milcząco, w porządku i
poważnie. Wszystko wąsacze, z szewronami na ramionach. Były to resztki
legjonów napoleońskich. Kiedy przechodzili, ustępowano im z
uszanowaniem, i szeptano w tłumie: „To mi żołnierze! to nasi obrońcy!”
Zazdroszczę im, pomyślałem, piękna to rzecz być grenadjerem! I zbliżyłem
się do oddziału, a zająwszy miejsce obok dobosza, maszerowałem krokiem
grenadjerskim, upatrując komendanta, któremu chciałem natychmiast
ofiarować moje służby.

[Footnote *: 1830 r.]

Wtem, na drugim końcu ulicy, ukazał mi się nowy meteor wojskowy. Był to
krakus na białym koniu, w białej sukmance, w czerwonej czapeczce z
białem piórkiem, który jak łabędź przerzynał czarne fale tłoczących się
mieszczuchów. Ślicznie wywijał on koniem; pieszych witał skinieniem
głowy, z kawalerzystami ściskał się za ręce, a pięknym damom, stojącym w
oknach, posyłał wdzięczne pocałunki. Wszystkie oczy zwróciły się ku
niemu; mężczyźni klaskali, kobiety uśmiechały się w milczeniu; a piękny
krakus stał się bożyszczem chwili.

Przyszło mi zaraz na myśl, że w mundurze krakowskim na mój wiek i wzrost
będzie mi bardziej do twarzy, A tak objawiło mi się moje właściwe
powołanie: Bóg mię stworzył krakusem!

Zwróciłem się więc w stronę koszar jazdy; ale w połowie drogi wpadłem w
niezmierny tłum, który mię porwał ze sobą i uniósł ku rogatkom. Lud się
cisnął na spotkanie nowo nadciągających szeregów. Osobliwsza figura
jechała na przodzie; był to stary kapucyn w habicie i na koniu, w jednej
ręce z lancą a drugą błogosławiący krzyżem lud, który mu nogi całował.
Za kapucynem postępowało tysiąc strzelców z lasów augustowskich. Mieli
przewieszone dubeltówki i wielkie torby borsucze z pazurami i
wyszczerzonemi zębami, bielejęcemi na zielonych kurtkach. Drugi tysiąc
wieśniaków, uzbrojonych w krzywe kosy i siekiery zamykał pochód. Nigdy
wejście najpiękniejszych pułków, nawet wejście księcia Józefa na czele
zwycięskich legjonów nie wzbudziło takiego zapału, jak ten, z którym
Warszawianie witali torby borsucze i łyczane łapcie. Nie były to już
oklaski, ani uśmiechy, ale krzyki, grzmiące hura! i błogosławieństwa,
pomieszane z głośnym płaczem. Lud bowiem dziwnym swoim instynktem umiał
schwycić wzniosłą i piękną stronę obrazu. Na widok tych kapłanów, tych
rolników, którzy porzucili cele klasztorne i swoje bory, ażeby bić
nieprzyjaciół ojczyzny, lud zrozumiał całą grozę niebezpieczeństwa, a
oraz pojął z całą ufnością, że to jedyny środek obrony.

Wzięła mię nagła pokusa porwać natychmiast za kosę lub dubeltówkę i
stanąć do szeregu z chłopami, aby z nimi podzielić tryumfalne wejście do
stolicy. Ale jakże to zrobić? jak nadać sobie ruchy zuchowate i
wyzywające mazowieckiego kosyniera, lub wyraz ponury i dziki strzelca z
nad Niemna? Jak wyrównać mu wzrostem i szerokością pleców? wśród tych
olbrzymów wyglądałbym, jak królik między wilkami. Cóż więc pocznę ze
sobą? Czy mam być krakusem, czy grenadjerem! Niepewność ta dużo mię
kosztowała.

Znajomy mi pułkownik spotkał się ze mną w przechodzie i klepiąc mię po
ramieniu, rzekł: „Dowodzę oddziałem partyzantów; część moich ludzi
wyszła już w pole, ja sam dziś wyruszam z Warszawy, potrzebuję
kanonierów; może wiesz, gdzie ich znaleźć?

--Wiem o jednym, rzekłem, przybierając postawę wojskową; potrzebujesz
kanoniera, oto go masz!

--Zgoda! rzekł pułkownik, naciągaj mundur i staw się u mnie dziś wieczór
punkt o dziesiątej, czy rozumiesz?

W taki sposób werbowano żołnierzy w czasie naszego powstania. Tegoż dnia
o jedenastej w nocy maszerowałem umundurowany przy armatach. W ciągu
marszu ćwiczyliśmy się w użyciu broni, a ja tyle dokładałem pilności, że
po trzech dniach mianowano mię sierżantem i pod moje rozkazy oddano
armatę. Zawistni utrzymywali, że stopień mój zawdzięczałem osobliwym
względom pułkownika.

Bądź co bądź sam się ździwiłem, zmieszałem i niemal zawstydziłem na tak
nagły awans. Zawróciło mi się w głowie i dopiero po kilku godzinach
osłupienia zacząłem uczuwać wpływ nowej mojej godności. Mimowolnie
przybrałem minę marsową i poważniejszą; wyciągnąwszy uroczyście prawą
rękę, położyłem ją na mojej własności, na wylocie armaty. Kawał ten
bronzu, myślałem sobie, będzie filarem w świątyni mojej sławy; będzie
pierwszym stopniem w rycerskim zawodzie, a może i na tron mię zawiedzie!
Dobrze wycelowane działo rozstrzyga nieraz los wojny. A Napoleon od
czegóż zaczął, jeżeli nie od kanoniera? Pełen tych marzeń zakochałem się
w mojej spiżowej armacie jak w pannie i odtąd zawsze byłem przy niej.
Badałem jej wady i przymioty, roztrząsałem charakter i poznałem
najdokładniej cały jej skład i naturę tak fizyczną jak moralną. Tak
dobrze wbiła mi się w pamięć, że zrobiłbym z pamięci jej portret. Dźwięk
jej głosu znałem tak dobrze, żebym go mógł był rozróżnić wśród huku
najżywszej kanonady, choćby pod Lipskiem, lub Ostrołęką. Kochana moja
armatko! cóż stało się z tobą? w czyjeś ręce popadła? Zapewne nikt cię
tak nie popieści, jak ja cię pieściłem. Ta myśl mię jedynie pociesza.
Była to wprawdzie niewielka ośmiofuntówka, ale dla mnie była ogromną, bo
ciężarna całą moją przyszłością. Zresztą dobrze osadzona, łatwa do
manewrowania i dziwnie celnego strzału. Cały dzień ledwo mi wystarczał
na spełnienie obowiązków przy kochanej armatce, a i przez noc nie
przestawałem myśleć o tym przedmiocie mojej miłości. I tak, jednej nocy
śni mi się bitwa, a naprzeciw mię kogoż widzę? feldmarszałka Dybicza!
Zaraz biorę na cel--paf! i moja kula przecina go na dwie połowy.
Puszczam się, aby oderwać mu głowę i jeszcze ciepłą zanieść do
naczelnego wodza, księcia Radziwiłła; ale trup Dybicza tak ostro się
bronił, że aż wybiłem się ze snu i w rzeczywistości, zamiast głowy
moskiewskiego wodza, trzymałem głowę śpiącego obok mnie kanoniera. Innej
nocy gorsza rzecz mi się zdarzyła: śniłem, że jazda moskiewska wpadła na
nas niespodziewanie; mnie naprzód zabito, potem wycięto moich
kanonierów, a nareszcie kirasjer moskiewski siadł na mojej armacie jak
na koniu i zaczął ją zagwożdżać, spoglądając na mnie okiem pogardy.
Wtedy uczułem wszystkie męczarnie męża Lukrecji i męczarnie ojca
Wirginji. Chociaż byłem już trupem zimnym i skostniałym, niemniej
dobywałem wszystkich sił, aby dać znak życia i pasując się ze sobą,
udało mi się nareszcie tak tęgo wrzasnąć, żem się i sam przebudził i
zaalarmowałem cały obóz. Zerwawszy się na nogi, a właśnie dnieć
poczynało, szukam oczyma mojej armaty i widzę z niemałą radością, że
jest, że spoczywa wolna i spokojna na swej lawecie.

Otwarta jej paszcza zdawała się wciągać chłodek poranka, a lśniąca
powierzchnia odbijała pierwsze promienie słońca. Położyłem się znowu na
mokrej ziemi, ale tym razem przez ostrożność trzymałem ręką za sprychę,
ażeby bronić mego skarbu przeciw rzeczywistej lub sennej napaści.

Tak przeszedł cały tydzień, mój pierwszy tydzień po zaślubieniu pięknej
ośmiofuntówki: tydzień miodowy sierżanta artylerji, najszczęśliwszy
tydzień w mojem życiu! Każdą chwilę miałem zajętą, w przekonaniu, że już
osiągnąłem cel mego bytu na świecie; dusza moja przeszła całkiem w
ukochaną armatkę.

Tymczasem zbliżaliśmy się coraz do brzegów Wisły; lody puściły już w
wielu miejscach i widać było tu i owdzie występującą wodę.



Pages: | 1 | | 2 | | 3 | | Next |


Keywords:
N O P Q R S T
U V W X Y Z 

Your last read book:

You dont read books at this site.